prawdziwe JA


Stereotypy
O tym, jak duży wpływ na ludzkie życie mają stereotypy, zazwyczaj ciężko jest rozmawiać. Trudno się bowiem przyznać, że czasem nieświadome etykietowanie może wpłynąć na zmianę ludzkiego losu. W tym temacie z pewnością wiele do powiedzenia miałyby osoby homoseksualne, którym  „nie przystoi” być tym kim są . Często zmuszone są one do zachowywania się zgodnie z normą, czyli jak „prawdziwy” mężczyzna, bądź jak „prawdziwa” kobieta.
 „Prawdziwy” mężczyzna, „prawdziwa” kobieta, czy jeszcze istnieją, jacy są?

 Przez ową „prawdziwość” rozumie się mężczyznę silnego, powściągliwego w wyrażaniu emocji, dominującego, silnego, niezależnego, „stawiającego na swoim”, racjonalnego, twardo stąpającego po ziemi itp. „Prawdziwe” kobiety natomiast są delikatne, wrażliwe, uległe, zależne, naiwne, opiekuńcze, bierne etc. Również badania międzykulturowe potwierdzają, iż stereotypy rodzajowe są niezależne od kultury. Wyróżniono aż sześć przymiotników, które we wszystkich społeczeństwach były kojarzone z mężczyznami: odważny, dominujący, gwałtowny, niezależny, męski i silny. Dla kobiet były wspólne trzy przymiotniki: czuła, uległa i przesądna. Tylko nieliczne przymiotniki były sprzeczne w niektórych kulturach.
 Te wyniki świadczą o tym, jak silnie i powszechnie zakorzenione są w nas stereotypy związane z płcią. Są one nam tak dobrze znane, że sprawiają iż lepiej zapamiętujemy informacje zgodne ze stereotypem, także z pamięci szybciej potrafimy wydobyć taką informację.

A gdyby tak złamać ten sposób myślenia i być po prostu sobą?????? Niech góruje prawdziwe JA :)

„Kim jesteś?”, Jorge Bucay


OWEGO DNIA SINCLAIR tak jak zawsze wstał o siódmej rano. Jak zawsze powłóczył swoimi pantoflami w kierunku łazienki, gdzie brał kąpiel, golił się i perfumował. Jak zawsze modnie się ubrał i zszedł na dół po korespondencję. Tam spotkał się z pierwszą niespodzianką dnia – nie było listów!
W ostatnich dniach liczba korespondencji wzrosła i stanowiła ważny czynnik jego kontaktu ze światem. Trochę w złym humorze ze względu na brak wiadomości, skończył śniadanie składające się jak zazwyczaj z płatków z mlekiem (zalecanych przez lekarzy) i wyszedł na ulicę.
Wszystko wyglądało jak zwykle: samochody jak zawsze jechały tymi samymi ulicami i jak zawsze hałasowały, na co on zwykł skarżyć się codziennie. Przechodząc przez plac, prawie zderzył się z profesorem Exerem, starym znajomym, z którym godzinami zwykł prowadzić długie rozmowy na temat swoich bezużytecznych projektów metafizycznych. Pomachał mu ręką na powitanie, ale profesor jakby go nie poznał. Zawołał go po imieniu, ale był już za daleko. Sinclair pomyślał, że pewnie go nie usłyszał. Dzień zaczynał się źle, a zagrożenie oblewającej go nudy pogarszało jego stan jeszcze bardziej. Zdecydował się więc na powrót do domu, do lektury i swych badań, do czekania na listy, których spodziewał się więcej z powodu wcześniejszego ich braku.
Tej nocy spał źle i obudził się bardzo wcześnie rano. Zszedł na dół i jedząc śniadanie, zaczął wypatrywać przez okno listonosza. W końcu dostrzegł go wychodzącego zza rogu i serce w nim zamarło. Jednak listonosz przeszedł obok jego domu, nie zatrzymując się. Sinclair wyszedł i zawołał, aby się upewnić, że nie ma dla niego listów. Listonosz zapewniał go, że nie ma w torbie żadnej korespondencji na ten adres, i potwierdził, że ani nie ma strajku na poczcie, ani nie ma w mieście żadnych problemów z doręczaniem listów.
Sinclair zamiast się uspokoić, zmartwił się jeszcze bardziej. Coś się działo i on musiał sprawdzić co. Włożył marynarkę i udał się do swojego przyjaciela Mario.
Kiedy tylko otworzyły się drzwi, polecił majordomusowi zapowiedzieć swoją wizytę. Przyjaciel nie kazał na siebie długo czekać. Jak tylko się pojawił, Sinclair z otwartymi ramionami podszedł, aby się z nim przywitać, lecz pan domu jedynie zapytał:
– Przepraszam pana, my się znamy?
W pierwszej chwili pomyślał, że to żart, i wysilając się na uśmiech, nalegał, aby tamten się z nim napił. Skończyło się to fatalnie – pan domu zawołał majordomusa, któremu nakazał wyrzucić intruza na ulicę. To jeszcze bardziej wyprowadziło go z równowagi i tracąc panowanie nad sobą, zaczął obraźliwie wykrzykiwać, dając tym samym krzepkiemu służącemu więcej powodów do brutalnego wyrzucenia go...
W drodze powrotnej do domu spotkał paru sąsiadów, którzy go zignorowali bądź potraktowali, jakby był im obcy. Jego głową zawładnęła podejrzana myśl o jakimś spisku przeciwko niemu i o tym, że gdzieś popełnił nie wiadomo jaki błąd przeciwko społeczeństwu, które parę godzin temu ceniło go w takim samym stopniu, w jakim teraz go odrzucało. Wiele się nad tym zastanawiał, ale nie zdołał sobie przypomnieć żadnego faktu, w którym obraziłby kogoś, a co więcej, uwikłałby w to całe miasto.
Przez kolejne dwa dni nie wychodził z domu, wyczekując na korespondencję, która nie nadchodziła, i pragnąc wizyty któregoś z przyjaciół, który przyszedłby w odwiedziny zaniepokojony jego nieobecnością. Ale nic się nie działo, nikt się nie zbliżał do jego domu. Pani, która zajmowała się jego domem, zupełnie o tym nie powiadamiając, nie pokazała się więcej, a telefon milczał. Piątej nocy, ośmielony kolejnym kieliszkiem, Sinclair zdecydował się pójść do baru, gdzie zwykł chodzić ze swoimi przyjaciółmi na codzienne pogaduszki. Ledwo wszedł, zobaczył wszystkich siedzących za stołem w rogu, który zwykle wybierali. Gruby Hans opowiadał jeden ze swoich starych kawałów i jak zwykle wszyscy dobrze się bawili. Sinclair wziął krzesło i usiadł obok nich. Nagle zapanowała grobowa cisza, oznaczająca niechęć wszystkich do nowo przybyłego. Sinclair nie wytrzymał dłużej.
– Można wiedzieć, co macie przeciwko mnie? Jeśli czymś wam dokuczyłem, powiedzcie mi i skończymy z tym, ale przestańcie mnie tak traktować, bo zwariuję.
Wszyscy popatrzyli na siebie, jedni z rozbawieniem, drudzy ze zniechęceniem. Jeden z mężczyzn popukał się w czoło, wystawiając tym samymdiagnozę nowo przybyłemu. Mężczyzna raz jeszcze poprosił o wytłumaczenie, usilnie nalegał, a na koniec rzuciwszy się na ziemię, błagał, aby wytłumaczyli mu swoje zachowanie.
Tylko jeden z nich zechciał coś powiedzieć:
– Proszę pana, nikt z nas pana nie zna, więc nikomu z nas nic pan nie zrobił. Nie wiemy nawet, kim pan jest.
Sinclairowi zaczęły napływać łzy i wychodząc z lokalu, pociągnął za sobą swoje człowieczeństwo i udał się w kierunku domu. Wydawało mu się, że każda z jego nóg waży przynajmniej jedną tonę.
W domu rzucił się na łóżko, nie wiedząc jak i dlaczego stał się obcy, nieobecny. Nie było go w notesach jego korespondentów ani w pamięci znajomych, a jeszcze mniej było go w sercach przyjaciół. Po głowie jak na karuzeli krążyło pytanie zadawane mu przez wszystkich i przez samego siebie: „Kim jesteś?” Czy potrafił odpowiedzieć na to pytanie? Znał swoje imię, adres, rozmiar koszuli, numer dowodu osobistego i parę innych danych, stanowiących o jego tożsamości. Ale poza tym, kim prawdziwie, wewnętrznie i głęboko był? Czy tamte upodobania i zachowania, tamte ukłony i idee rzeczywiście należały do niego? Czy była to, jak wiele innych rzeczy, próba niezawiedzenia tych, którzy oczekiwali od niego, aby był tym, kim był? Powoli coś zaczynało mu się wyjaśniać – bycie nieznanym uwalniało go z konieczności zachowywania się zgodnie z ustalonymi manierami.
Obojętnie, cokolwiek to było, i tak nie zmieniłoby zachowania innych w stosunku do niego. Po raz pierwszy od wielu dni odkrył coś, co ukoiło jego duszę. Zaistniała sytuacja pozwalała mu na dowolne zachowanie się bez potrzeby szukania aprobaty reszty świata.
Głęboko odetchnął i poczuł, jakby nowe powietrze wypełniło mu płuca. Poczuł krew płynącą w żyłach i bicie serca i zdziwił się, że po raz pierwszy NIE DRŻAŁ.
W końcu zrozumiał, że jest sam, że był sam, że miał tylko siebie i że mógł się teraz śmiać lub płakać... Ale dla siebie, nie dla innych. W końcu wiedział:
JEGO WŁASNA EGZYSTENCJA NIE BYŁA UZALEŻNIONA OD INNYCH.
Odkrył, że musiał pozostać sam, aby spotkać się z samym sobą...
Zasnął spokojnie, głęboko i miał piękne sny.
Obudził się o dziesiątej, uradowany wdzierającym się do jego pokoju promykiem słońca, który cudownie oświetlał wnętrze. Nie umyty zszedł po schodach, przyśpiewując piosenkę, której nigdy nie słyszał, i zobaczył, że pod drzwiami coś leżało – sterta listów zaadresowanych do niego. Pani, która zajmowała się jego domem, była w kuchni i przywitała się z nim, jak gdyby nic się nie stało. A wieczorem w barze wydawało się, że nikt nie pamiętał tej dziwnej i szalonej nocy. Przynajmniej nikt nie zdobył się na żaden komentarz.
Wszystko wróciło do normy... oprócz niego, na szczęście, on już nigdy nie będzie musiał prosić nikogo, aby popatrzył na niego w celu upewnienia się, że jest żywy, on już nigdy nie będzie szukał na zewnątrz określenia samego siebie, on już nigdy nie będzie bał się odrzucenia. Wszystko było jak przedtem, z wyjątkiem tego, że ów człowiek nigdy już nie zapomni, kim jest.

Czego ja nie robię dla siebie, że ty mnie tak złościsz?

Przeczytałam ostatnio takie zdanie: "Czego ja nie robię dla siebie, że ty mnie tak złościsz?"  i pomyślałam, że jest ono wyjątkowo trafne.
W pracy z klientami zauważam, że ciężko jest nam przyjąć odpowiedzialność za nasze życie w 100%. " Bo przecież to nie moja wina, że on ciągle zostawia te brudne ubrania porozrzucane po całym domu". Oczywiście, to nie twoja wina. Jednak to ty jesteś zdenerwowana\y i to ty się wściekasz i wydzierasz. 
Gdy tak na to spojrzysz to obraz zmienia się całkowicie. A gdy jeszcze zapytasz siebie: "czego ja nie robię dla siebie, że ty mnie tak złościsz?", to może zrozumiesz, że tak naprawdę nie chodzi o to porozrzucane ubrania tylko o coś zupełnie innego, coś o co masz żal do samej\ samego siebie.   
Zachęcam to ćwiczenia świadomości, do zatrzymania się na 5 minut i zajrzenia w siebie, by zrozumieć, czego tak naprawdę pragniemy i o co nam chodzi:) 

Dlaczego nie mogę schudnąć? Czyli o ważności stawianych sobie celów

Jeśli zawodowo nie zajmujemy się zarządzaniem projektami to pewnie nikt nas nie nauczył w jaki sposób powinniśmy pracować nad własnymi planami i celami. Taki niby prosty cel jak "chcę schudnąć" może przerodzić się w wielką walkę. Dlaczego? Jakie błędy popełniają najczęściej klienci, z którymi pracuję?

1. Muszę| powinienem|nnam schudnąć: poczucie powinności, przymusu najczęściej prowadzi do naturalnego oporu z naszej strony.

Rozwiązanie: potraktuj swój cel jako coś pozytywnego, coś co CHCESZ osiągnąć, co przyniesie Ci ogromną satysfakcję, sprawi, że będziesz czuć się wyjątkowo.

2. Stawianie sobie zbyt wysokich celów: " nie od razu Rzym zbudowano". Jeśli mój cel nie jest realistyczny i na przykład postanowię sobie schudnąć 5kg w tydzień to wybieram najprostszą drogę do frustracji. 

Rozwiązanie: pomyśl o tym, co tak naprawdę możesz zrobić, jakie zmiany wprowadzić by z łatwością dojść do celu. By uniknąć frustracji zastanów się nad małymi krokami, które stopniowo doprowadzą Cię do celu.

3. Raz nie zaszkodzi.... Często nie możemy do końca ściśle śledzić naszej diety  (celu). Wtedy jednak nie należy się poddawać i porzucać zamierzonego celu, bo raz "zbłądziliśmy". To nawet lepiej, bo przynajmniej jest bardziej "realnie", bo przecież, gdy skończymy dietę (osiągniemy cel) dalej będziemy narażeni na pokusy. Lepiej powoli przyzwyczajać się do "normalnego życia".

Rozwiązanie: nie karć się jeśli raz, czy dwa zgrzeszysz i nie dotrzymasz postanowienia. Potraktuj to jako dzień ulgowy i kontynuuj z twoim postanowieniem. Nie pozwól by jedna mała "wpadka" zrujnowała cały twój wysiłek.

4. Będę unikać śniadania| kolacji itp: ten błąd odnosi się do wymierzania działań, które nie koniecznie są odpowiednie do osiągnięcia naszego celu. W przypadku odchudzania , i jakiegokolwiek innego celu, warto skonsultować się ze specjalistą, który doradzi nam, co powinniśmy robić, co dla nas jest najlepsze.

Rozwiązanie: nie warto ryzykować i uważać się za eksperta w każdej dziedzinie. Przed podjęciem danego celu skonsultuj się z ekspertem, dzięki temu zadbasz o swoje zdrowie i poznasz nowe metody działania. Osobiście uważam, że nie warto oszczędzać w  sprawach naprawdę dla nas ważnych i lepiej zaufać o osobie, która poświęciła wiele czasu by stać się ekspertem w danej dziedzinie.

Zmiana przekonań- jak osiągnąć jakakolwiek zmianę

Czy nie byłoby łatwiej po prostu zmienić nasze przekonania i raz na zawsze pozbyć się naszych własnych ograniczeń? "Nie umiem, nie mogę, nie dam rady, nie jestem tego wart" zamienić na " potrafię, mogę, dam radę, zasługuję na wszystko co najlepsze"?
PSYCH-K umożliwia nam taką zmianę. Dzięki tej technice łączymy się z naszą podświadomością. Na oficjalnej stronie możemy przeczytać, ze  PSYCH-K to unikalny i bezpośredni sposób identyfikacji  i zmiany podświadomych przekonań.  Jest to prosty proces, ułatwiający komunikację z podświadomością, ułatwiający zmianę przekonań,  które ograniczają twoją samoocenę, relacje, wydajność pracy, a nawet zdrowie fizyczne!
Jak działa PSYCH-K?
  PSYCH-K to  proces powstały w wyniku wieloletnich  badan  i setek sesji z klientami indywidualnymi i grupami.  Polega na otworzeniu  takiego stan umysłu, który znacznie zmniejsza odporność na zmiany w podświadomości. Psych-K działa jako swego rodzaju "psychicznego klawiaturze" - przyjazna dla użytkownika metoda komunikowania się z podświadomością, sposób prosty, bezpośredni i sprawdzalny.

Szczerze mówiąc gdy pierwszy raz usłyszałam o tej metodzie nie do końca byłam przekonana. Jednak mimo wszystko zapisałam się na oficjalny kurs i od niedawna jestem certyfikowanym trenerem tej metody. 
Zmiany, które zachodzą dzięki PSYCH-K w każdym przypadku przebiegają w inny sposób, jednakże w większości przypadków są to zmiany, które zaskakują. 
Polecam! 

ból odrzucenia

W świecie coraz większego indywidualizmu, podejście stadne wydawałoby się już takie przestarzale. A jednak natury nie da się oszukać. Mimo że wielu ludzi odnajduje się w samotności, to jednak życie w grupie wciąż jest naszą naturą, którą odczuwamy dosłownie i fizycznie. Naukowcy bowiem dowodzą, że wykluczenie społeczne odczuwalne jest w ten sam sposób, co ból fizyczny. Jak podsumowują badacze, ewolucja daje nam do zrozumienia, że jeśli cię wykluczą to zginiesz. W dziejszych czas możesz przeżyć bez pomocy innych, ale mimo wszystko ta samotność odbije się na twoim zdrowiu. Jednak pamiętajmy, że każde doświadczenie nas czegoś uczy. Takze może warto przeanalizować sytuację, wyciągnąć wnioski, by uniknąć błędu wykluczenia w przyszłości. Taka postawa jest dużo bardziej efektywna niż zamartwianie się i przysłowiowe "plucie sobie w brodę".
Źródło: http://www.apa.org/monitor/2012/04/rejection.aspx

praca jako sztuka?


“Everyone, every single person, has been a genius at least once. Everyone has winged it, invented, and created their way out of jam at least once.

If you can do it once, you can do it again.

Art, at least art as I define it, is the international act of using your humanity to create a change in another person. How and where you do that art is a cultural choice in the moment. No one wrote novels a thousand years ago. No one made videos thirty years ago. No one Twittered poetry three years ago.

There´s no doubt that certain sorts of art are easier to create. A warm smile to a stranger on an airplane at the right moment is an artistic endeavor that´s fairly easy for most of us to muster. Directing an Academy Award- winning film, on the other hand, is reserved for a select few. I´ll accept the fact that great novelists are born and made. But I don´t believe that you need to be an outlier to be an artist. “

Seth Godin, Linchpin

Prokrastynacja, czyli zrobie to jutro

The top 15 procrastination rationalizations

  1. Ignorance: "I didn't know I was supposed to do that."
  2. Skill deficiency: "I don't know how to do it."
  3. Apathy (1): "I really don't want to do this."
  4. Apathy (2): "It really doesn't make any difference if I put this off."
  5. Apathy (3): "No one really cares whether I do this or not."
  6. Apathy (4): "I need to be in the mood. I'm not."
  7. Fixed habits (1): "But I've always done it this way and it's hard to change."
  8. Fixed habits (2): "I know I can pull this out at the last minute."
  9. Fixed habits (3): "I work better under pressure."
  10. Inertia: "I just can't seem to get started."
  11. Frail memory: "I just forgot."
  12. Physical problems: "I couldn't do it; I was sick."
  13. "Appropriate" delays (1): "I'm just waiting for the best time to do it."
  14. "Appropriate" delays (2): "I need time to think this through."
  15. "Appropriate" delays (3): "This other opportunity will never come again, so I can't pass it up."

http://www.apa.org/gradpsych/2010/01/rationalizations.aspx

Krytyka...jak sobie z nią radzić?

Ostatnio o krytyce słyszę coraz częściej, jednak zazwyczaj w kontekście negatywnym. Unikamy krytyki jak ognia i często nasze działania kierowane są lękiem przed krytyką: co powiedzą, jak ocenią, zaakcentują, wyśmieją, wpiszę się w schemat? Bo jesli sie nie spodba, jesli jednak skrytykują to automatycznie nasze poczucie wlasnej wartosci gwaltwonie spadnie i czujemy sie bezwartowsciowi, nie potrzebni, czy nawet nic nie warci. A gdyby tak potrakrować krytykę jako sztukę? lekcję, która może pomóc nam być lepszymi? Oczyścicie jeśli pada ona z us osoby, która jest dla nas autorytetem w danej dziedzinie.
Pierwszym krokiem do wyciągnięcia pozytywnej informacji zwrotnej z krytyki, jest przyznanie się do błędu. "Tak, rzeczywiście mogłam to zrobić lepiej", "tak, nie do końca zadbałam o szczegóły", itp. Nikt nie jest idealny...
Gdy juz potrafimy rozpoznać nasz błąd warto przyjrzeć się dokładnie temu, co można by poprawić: poświecić więcej czasu na przygotowanie, zdobyć więcej materiałów, czy może zrobić próbną prezentację w gronie przyjaciol. Jesli potrafimy rozponzac blad to teZ wiemy jak wygladalby stan idealny i z pewnosciA znamy metody by go osiagnac.

Jednak gdy krytyka pada z ust osoby, dla nas ważnej, ale może nie do końca widzianej przez nas jako autorytet? W takiej sytuacji zastanowiłabym się najpierw: dlaczego mnie to boli? Jeśli się z tym nie zgadzam to dlaczego pozwalam na to by taki niefortunny komentarz popsuł mi humor? Często możemy zaobserwować takie sytuacje w miejscu pracy, gdzie to złośliwy kolega wytyka nam małe poślizgnięcia. Dlaczego wiec przejmuję się komentarzami osoby, z ktorej zdaniem się nie liczę? Warto się nad tym zastanowić i może wtedy zrozumiemy, że tak naprawdę to nie chodzi o krytykę, tylko o to jak my czujemy się sami ze sobą.



Czy praca może być sztuką?

Jaki stosunek mamy do pracy samej w sobie w dużym stopniu wpływa na to, jakiej "nagrody" będziemy oczekiwali za dobrze wykonane zadania. Bo jeśli uważamy, że praca to tylko 8 godzin, które MUSIMY odklepać, by móc spokojnie żyć, to raczej nie będziemy angażować się w dodatkowe zadania, które może nam podsyłać szef. Takie podejście najczęściej prowadzi to posiadania stabilnej i monotonnej pracy, bez większych możliwości zmiany, zresztą pracownik z takim podejściem owych zmian na pewno unika. Istnieje też inne podejście do pracy, które Seth Godin nazwy byciem "linchpin" ( w polskim tłumaczeniu: Najmocniejsze Ogniwo) . Taka osoba traktuje swoją pracę jako sztukę i stara się być kimś niezastąpionym, nawet jeśli wykonuje pracę mało wykwalifikowaną. Takie podejście składania do doskonalenia swoich umiejętności na każdym kroku i traktowania każdej sytuacji jako możliwości rozwoju osobistego. Z pewnością taka postawa wiąże się z dużą kreatywnością i cierpliwością, i z pewnością uczy pokory. Jak zwykle wybór należy do nas: proste rozwiązania i spokój ducha czy ciągłe doskonalenie i wysiłek "wspinaczki"?

my life


Ostatnio tematy związane z pracą przerodziły się w większe cieszenie się życiem. Tzn. klienci, którzy do mnie trafiają poszukują szczęścia (jak wszyscy), są bardziej świadomi siebie i nie chcą już dłużej spełniać oczekiwań innych, chcą być sobą...
Ale jak powiedzieć rodzinie, przyjaciołom, ze postanowiliśmy "szukać swojej drogi/ szczęścia" i nie chcemy już iść według wszechpowszechnego modelu- szkoła, ślub, kredyt, dzieci, emerytura ... i "gdzie to życie mi minęło"?
Myślę, ze najważniejszym krokiem w tym procesie jest zrozumienie tego, ze to jest nasze życie i to my decydujemy o tym, jak je przeżyjemy. Uderzyły mnie słowa jednej z moich klientek, gdy opowiadała o tym, jak kupiła mieszkanie tylko i wyłącznie dlatego, ze jej rodzice tego chcieli, chcieli by ona śledziła ich przykład, inwestowała, miała kredyt, by na starość.... dla niej ważne było tu i teraz a nie spokój za 40 lat... Jak często żyjemy przyszłością, którą wymyślają/ wymyślili dla nas inni? Jak ważne jest uwiadomienie naszym bliskim, ze to my wiemy najlepiej, co jest dla nas dobre. Oczywiście ważne jest wsparcie, ale bez przesady, tak by nie przerodziło się w ciągłe doradzanie i ocenianie kazdego naszego kroku.

Moja klientka w końcu się rozchorowała, popadła w depresje, odcięła się od wszystkiego. Jednak czasem powróciła do sił, sprzedała mieszkanie, a swoje rzeczy rozdała, sama natomiast wyruszyła w podroż- doslownie i w przenośni.

¿Gdzie chcesz byc za 5 lat?

Głupie pytanie? Kojarzy się od razu z rozmową o pracę. Przygotowując się na rozmowę pewnie również zakładamy, że owo pytanie padnie, więc oczywiście odpowiedź dostosowana jest do stanowiska oraz poziomu i chęci otrzymania danej pracy. Ale czy tak na poważnie pomyślałeś|łaś o tym gdzie chcesz być za 5, 10 lat? Jeśli tak, to na czym się skończyło? Na ogólnym życzeniu typu "chcę być szczęśliwy\a"?
Jeden znajomy przeczytał mi swój, jak on to nazywa- osobisty dekalog. Dekalog, czyli lista rzeczy, które chciałaby osiągnąć w tym roku. Jednym z punktów była "satysfakcjonująca praca". Osiągalne? NIE! Taki cel to tylko wyłącznie powód frustracji. Dlaczego? Bo z jednej strony istnieje ten cel (bądźmy szczerzy-myślenie życzeniowe) a z drugiej strony mamy rzeczywistości, która często bywa bardzo odległa od ideału. Problem w tym, że w większości przypadków sami nie wiemy, co tak naprawdę oznacza ta "satysfakcjonująca praca".
Dlatego krok po kroku najlepiej zacząć zawężać krąg możliwości, tak by w końcu móc określić tą "idealną" i satysfakcjonującą pracę.